Poradnik obywatelski
Przyszedł do mnie pocztą „Poradnik bezpieczeństwa”. Cienka broszura, oficjalna, poprawna. Wydrukowana i rozesłana za pieniądze podatnika - czyli także za moje. Na pierwszej stronie nie ma wstępu, od razu przechodzimy do zagrożeń wynikających ze współczesnego świata, technologii i polityki. Broszura niczego nie tłumaczy. Od samego początku ustawia nas w określonym miejscu - w pozycji czujności i strachu. W dalszej części jest o zachowaniach. O tym, co robić, a czego lepiej unikać. Poradnik jest pełen dobrych rad. Takich, które mają uspokoić, poinformować i przygotować na każdą ewentualność. Jakież to miłe ze strony państwa. A potem pojawiają się obowiązki i groźby, ujęte miękko, między wierszami, ale wystarczająco czytelne. I w tym momencie pojawia się we mnie pytanie: czy rzeczywiście chodzi o troskę o obywatela, czy raczej o to, że przestraszony obywatel to osobnik uległy, łatwo poddający się manipulacji, rzadziej stawiający opór, niezadający niewygodnych pytań i - co najważniejsze - łatwy do sterowania. Bo człowiek w strachu mniej się opiera i rzadziej pyta, kto tak naprawdę ponosi za to wszystko odpowiedzialność. Mój stosunek do tej broszury nie bierze się z jej treści, lecz z braku zaufania między mną - obywatelem - a państwem, które od lat mówi do mnie językiem obowiązku, a rzadko językiem odpowiedzialności.
Komentarze
Prześlij komentarz