Kochanka też jest kobietą
Ten temat wrócił do mnie ostatnio przypadkiem i uświadomił mi, jak bardzo zmieniło się moje myślenie.
Spotykają się po cichu, między jednym dniem a drugim, między „zaraz wracam” a „nikt nie może się dowiedzieć”. Ona wie, że on jest w związku. On wie, że zdradza. A mimo to tkwią w tym… jakby to zawieszenie miało kiedyś samo zniknąć. Przez długi czas odpowiedzialność była dla mnie oczywista. To on był w związku. To on zdradzał. To on kłamał. To on krzywdził. On i tylko on. A ona… widziałam ją jako kogoś „z zewnątrz”. Wolną osobę, bez zobowiązań wobec kobiety zdradzanej. Przecież to nie ona coś jej przysięgała. Nie łączyło je nic... Dziś widzę to inaczej. Bo nawet jeśli formalnie nic ją z tamtą kobietą nie łączyło, coraz wyraźniej widzę, że istnieje coś takiego jak elementarna przyzwoitość wobec drugiego człowieka. Lojalność. Uczciwość. Ta cicha granica, której nie widać, ale którą się czuje. Rozumiem, że ludzie się pokochali. Rozumiem, że spotkali się gdzieś na zakręcie życia, w momencie, gdy w ich związkach coś nie zadziałało.
Ale wierzę, że kolejność powinna być jedna: najpierw zamykamy jedne drzwi, zanim otworzymy drugie. Inaczej robi się przeciąg...
Komentarze
Prześlij komentarz