Psie życie
Są obszary, w których państwo działa zaskakująco sprawnie. Łoży na instytucje, które mają się więcej niż dobrze. Pieniądze z podatków płyną tam regularnie, nikt nie pyta, nikt nie rozlicza i - co gorsza - nikogo to nie dziwi. Są też miejsca, do których ten pieniądz dociera ledwie symbolicznie. Albo wcale. Mowa o schroniskach dla zwierząt. I można by w tym miejscu powiedzieć, jaką mamy ch****ą politykę w tym państwie. Tyle że państwo to nie jest abstrakcja. Państwo to my. Obywatele, którzy zbyt często mówią: „a co ja mogę”. Potrafimy mobilizować się w sprawach głośnych i efektownych, a w innych milczymy – aż do momentu, gdy wybuchnie afera i kilka zdjęć łapiących nas za serce przypomni nam o czymś, co przecież wiedzieliśmy od dawna. W tych emocjach wykrzykujemy, że „jak tak można”, że „jakie biedne pieski”, że trzeba ukarać winnych. Tylko że winni są wszyscy. Bo schroniska nie są niewidzialne. Można tam wejść, zobaczyć psy, prowizorkę i warunki, w jakich żyją. Tylko mało kto chce, bo po co psuć sobie spokój. Dlatego odpowiedzialność nie leży wyłącznie po stronie rządzących. Leży też po naszej. Od lat widać, że pieniądze od miasta są ochłapem. A pomoc jednostek jest niewystarczająca. Dlatego jeśli coś ma się naprawdę zmienić, potrzebne są rozwiązania stałe – prawne, konkretne, z pieniędzmi przypisanymi do celu i realną kontrolą. I tu zaczyna się nasza społeczna i ludzka rola, bo jesteśmy głosem tych zwierząt.
Komentarze
Prześlij komentarz