Przegrana prawda
Prawda ma dziwny status. Wszyscy ją chwalą, ale mało kto naprawdę chce ją mieć blisko siebie. Lubimy mówić o szczerości. Do momentu, kiedy dotyczy nas samych. Albo kiedy to my mamy powiedzieć coś naprawdę. Bez filtra. Bez makijażu dla emocji. Wtedy nagle robi się ciszej. Jakby ktoś przygasił światło. Może dlatego, że prawda rzadko jest elegancka. Nie zawsze przychodzi w ładnym opakowaniu. Czasem rozlewa się po życiu jak wino na jasny obrus. Zostawia ślad. Burzy spokój, przestawia relacje, podważa obraz siebie, który układaliśmy latami z wygodnych kawałków. Najtrudniejsza jest ta o nas samych. Bo nie da się od niej odejść. Można się obrazić, zaprzeczyć, odwrócić wzrok – ale ona i tak zostaje. Jak lustro, w które patrzymy trochę za długo. A jednak lubię prawdę. Za porządek, jaki wprowadza – nawet jeśli najpierw robi bałagan. Za klarowność, którą zostawia po sobie. Za to, że oddziela to, co prawdziwe, od tego, co tylko wygodne. Są momenty, kiedy lepiej milczeć. Kiedy szczerość jest ciężarem, a nie odwagą. Ale to raczej wyjątki. Na co dzień mam wrażenie, że kłamiemy zbyt lekko. Nie z wielkich powodów. Bardziej z wygody. Dla świętego spokoju. Z lęku przed reakcją, konfrontacją, oceną.
I może właśnie dlatego prawda tak często przegrywa. Nie dlatego, że jest słabsza. Tylko dlatego, że wymaga więcej odwagi niż większość z nas chce dziś nosić przy sobie.
Komentarze
Prześlij komentarz