Posty

Wyświetlanie postów z grudzień, 2025

Supeł

  Kiedyś myślałam, że to normalne, że w życiu wszystko się plącze. Że każdy tak ma. Że musi być trudno i skomplikowanie, bo tylko wtedy człowiek naprawdę wie, że żyje. Że każdy supeł trzeba rozplątać - swój czy cudzy, bez różnicy. Nasze życie bywa czasem jak jeden wielki, poplątany kłębek, w którym z upływem czasu nie potrafimy znaleźć ani początku, ani końca. W pewnym momencie po prostu robi się ciężko. I dociera do nas, że nie wszystko da się rozplątać. Że czasem prościej jest przeciąć supeł, by wydostać się z zagmatwanej sytuacji. I to właśnie mój sposób, na rozwiązywanie supełków. Po latach mogę tylko powiedzieć, że lubię swoje życie bez poplątanych sznurówek, które na wszelki wypadek zawsze mam w zapasie.

Sen

 Człowiek kładzie się wieczorem do łóżka z prostym planem – zasnąć. Kręci się z boku na bok, zmienia pozycję, myśli, że jeszcze nie, że to jeszcze nie ten moment. A potem nagle – nie wiadomo kiedy – zasypia. Na pewno to znacie. Miałam poczucie, że ten sen był bardzo płytki. Jakby bardziej się go widziało, niż śniło. Jakby świadomość była tuż pod powierzchnią. Nie wiem dokładnie, który to był rok. Wiem tylko, że to była przyszłość. I że wyglądało na święta Bożego Narodzenia. Przy stole zasłanym białym obrusem siedziała cała moja rodzina, a pomiędzy nimi także ci, którzy dawno już odeszli. Byli hologramami. Zaskakująco realnymi. Nie można ich było dotknąć. Nie jedli i nie pili. Jednak rozmawiali logicznie i bardzo naturalnie. Tak, jakby zawsze byli z nami. Przez stół przetaczała się rozmowa pełna śmiechu, wzruszeń i wspomnień. To wszystko było tak realistyczne, że kiedy się przebudziłam, wciąż miałam przed oczami ten obraz. Zaczęłam się zastanawiać, czy to w ogóle możliwe, żeby świa...

Nie chcę...

  Czy dziecko ma prawo nie chcieć? W okresie przedświątecznym Instagram zamienił się w poradnik dla rodziców. Między piernikami i choinkami pojawiał się ten sam przekaz: że dziecko nie musi. Nie musi siedzieć przy stole, jeśli nie chce. Nie musi całować cioci. Nie musi dziękować Mikołajowi za prezent. Bo ma prawo do granic. Bo uczymy je mówić „nie”. I trudno się z tym nie zgodzić. A jednak im dłużej o tym myślę, tym częściej mam wrażenie, że ten przekaz zamieniono w hasło, które łatwo zrozumieć zbyt dosłownie. Zaczynam się zastanawiać, gdzie kończy się słuchanie dziecka, a zaczyna oddawanie mu sterów. Gdzie szacunek do emocji zamienia się w brak jasnych zasad po stronie dorosłych i brak decyzji. Myślę, że zapominamy o tym, że dziecko nie jest istotą, która zawsze wie, co jest dla niego dobre. Dziecko czuje – intensywnie, chwilowo, prawdziwie. I właśnie dlatego potrzebuje dorosłego, który te emocje potrafi pomieścić, ale nie przerzuca na dziecko ciężaru decydowania. Bo świat nie za...

Macierzyństwo

 Macierzyństwo przez lata było opowiadane jako coś oczywistego. Jakby wystarczyło parę minut 😅, a reszta „działa się sama”. Natura ma swoje prawa. Ale wychowanie człowieka to już zupełnie inna historia. Bo dziecko można mieć szybko. Ale wychować je tak, żeby nie było przez nas okaleczone, to jest sztuka. I potężna odpowiedzialność. Wystarczająco dobrych rodziców nie ma wcale tak wielu. A tych „idealnych” - nie ma w ogóle. I im więcej mamy świadomości, tym wyraźniej to widzimy. Jestem matką i wiem, jak wielkie to było doświadczenie. Wiem też, jak łatwo zostawić w drugim człowieku rysy na całe życie. Dziś wielu ludzi rozumie, czym naprawdę jest wychowanie. Że to nie spełnianie własnych instynktów, ambicji czy oczekiwań świata. To odpowiedzialność za to, czy ktoś nie będzie musiał później borykać się z samym sobą w dorosłym życiu. I właśnie ta świadomość sprawia, że niektórzy mówią: nie. Nie dlatego, że nie czują. Choć bywa i tak. Ale przede wszystkim dlatego, że boją się skrzywdzić....

Dzień po...

  Często myślimy, że najbardziej męczy nas codzienność. Jej rutyna.Te same dni, to samo tempo i te same sprawy, które nie wzbudzają emocji. A potem przychodzą święta.  Pełne spotkań,  i rozmów przy różnych stołach z mnóstwem dolanej herbaty i obecności, która wypełnia czas od brzegu do brzegu. I dopiero kiedy to wszystko się kończy i wracamy do swojej zwykłej codzienności, czujemy, że za nią zatęskniliśmy. Za tym, co znajome. Za swoim rytmem. Za codziennością, na którą zwykle narzekamy, a która jest nam tak bardzo potrzebna. Bo to ona porządkuje dzień, uspokaja myśli, pozwala wrócić do siebie. I daje poczucie, że jesteśmy na swoim miejscu.

Anioł nielot

  Człowiek potrafi bardzo długo żyć w iluzji, czasem nawet całkiem wygodnej. I czuć się szczęśliwy i spełniony, dumny z tego, co wydaje mu się, że osiągnął. Myśli sobie: jestem aniołem, jestem szczęśliwy, jestem ponad tym, co przyziemne, osiągnąłem więcej niż inni, naprawdę kocham i jestem kochany. Latałam kiedyś w tej iluzji. Budujemy wtedy życie, które powinno działać, dopasowujemy do niego obrazy, myśli i wyobrażenia, uczymy się w nim poruszać, fruwać, unosić i bierzemy to wszystko za prawdę. Ale nasz umysł nie daje się oszukać – zaczyna widzieć rysy i pęknięcia, a nam coraz trudniej udawać, że ich nie ma. Nagle okazuje się, że to nasze życie było bardziej wymyślone niż przeżyte, że wszystko w nim zgadzało się tylko dlatego, że bardzo tego chcieliśmy, podczas gdy z zewnątrz wyglądało zupełnie inaczej. I wtedy twardo stajesz na ziemi, wiedząc już, że to, co było zbudowane, okazało się nie do zamieszkania, że iluzja się nie sprawdziła i nie uniosła prawdy. A ja...?  Dalej ...

i wszyscy przez chwilę jesteśmy lepsi...

  Jestem osobą niewierzącą, ale nie przeszkadza mi to obchodzić Świąt Bożego Narodzenia. W tym czasie świat jakby na chwilę zwalnia. Ludzie składają życzenia, patrzą na siebie uważniej, a w powietrzu unosi się coś łagodnego. Lubię czas przygotowań. Zapach zielonej choinki, szklane bombki, w których tańczą światełka, i dom, który nagle wygląda jak z bajki. W kuchni pachnie bigosem i piernikiem – zapachami, które pamiętają więcej niż my sami. Nie musimy wierzyć w cuda, żeby usiąść razem przy stole. Dla mnie Święta są tradycją. Choinka, kolędy, życzenia – z serca, z pokolenia na pokolenie. Nie wierzę w cuda. A jednak co roku, gdy zapalają się światełka na choince, mam wrażenie, że na chwilę wszyscy stajemy się lepsi. Potem światła gasną, bombki wracają do pudełek i wszystko znowu robi się takie, jakie było. Ale nie musi tak być....

Kochanka też jest kobietą

 Ten temat wrócił do mnie ostatnio przypadkiem i uświadomił mi, jak bardzo zmieniło się moje myślenie.  Spotykają się po cichu, między jednym dniem a drugim, między „zaraz wracam” a „nikt nie może się dowiedzieć”. Ona wie, że on jest w związku. On wie, że zdradza. A mimo to tkwią w tym… jakby to zawieszenie miało kiedyś samo zniknąć. Przez długi czas odpowiedzialność była dla mnie oczywista. To on był w związku. To on zdradzał. To on kłamał. To on krzywdził. On i tylko on. A ona… widziałam ją jako kogoś „z zewnątrz”. Wolną osobę, bez zobowiązań wobec kobiety zdradzanej. Przecież to nie ona coś jej przysięgała. Nie łączyło je nic... Dziś widzę to inaczej. Bo nawet jeśli formalnie nic ją z tamtą kobietą nie łączyło, coraz wyraźniej widzę, że istnieje coś takiego jak elementarna przyzwoitość wobec drugiego człowieka. Lojalność. Uczciwość. Ta cicha granica, której nie widać, ale którą się czuje. Rozumiem, że ludzie się pokochali. Rozumiem, że spotkali się gdzieś na zakręcie życia,...

Kiedy świat się przytula

 Są takie momenty w roku, kiedy świat umiera z nadmiaru bliskości. I właśnie weszliśmy w jeden z nich. Wszędzie ktoś kogoś obejmuje. Ktoś komuś przypomina, jak ważna jest rodzina. Jak bardzo warto być razem. A ja przyglądam się temu z boku. Bo z perspektywy widać więcej. Wiem, że pośród tego wszystkiego są też ludzie, którzy nie mają tej samej mapy, by na siebie trafić. I nie dlatego, że nie chcą. Lecz dlatego, że nie wszystko da się poskładać. Nie wszystko w ich życiu potoczyło się tak, jak powinno. Można mieć w życiu miłość. Można mieć dom. Można się śmiać, cieszyć, funkcjonować. A mimo to nosić w sobie miejsce, które wciąż na kogoś czeka. Chodzi o te przerwane historie. Nieopowiedziane do końca. O relacje, które się zgubiły. I o zdania, których nie zdążyliśmy powiedzieć. Nie każdy smutek widać. Nie każdy brak ma imię. Choć mój ma. Jest ból, który przychodzi właśnie wtedy, gdy wszyscy mówią o szczęściu z bycia razem. I właśnie wtedy, kiedy wszechobecna miłość przelewa się przez ś...

Suche łzy

    Jest takie przekonanie, że łzy rozbrajają. Że kiedy ktoś zacznie płakać, świat mięknie, a przemoc traci zainteresowanie. Tyle że nie zawsze. Czasem płacz jest dokładnie tym, na co przemoc czeka. Potwierdzeniem. Nagrodą. Dowodem skuteczności. Dlatego niektórzy wybierają milczenie, by nie dać jej satysfakcji. Zaciskają szczękę i przełykają łzy... Płaczą w sobie, utrzymując spokój, który wcale nie jest spokojem. Jednak ta strategia bywa kosztowna. Brak reakcji potrafi drażnić przemoc bardziej niż krzyk. Nie daje satysfakcji i wzmaga jeszcze większe żądze... Mijają lata i zaczyna rodzić się iluzja - odwet. Przekonanie, że wyrównanie rachunków coś zamknie. Że przywróci porządek, sprawiedliwość... Ale nie przywraca. Najczęściej tylko przedłuża historię... Teraz to Ty nosisz w sobie agresję wobec świata, który potraktował Cię tak okrutnie. I znów mijają długie lata. Dopiero z dystansu widać, że przemoc rzadko bierze się z siły, że ona też była ofiarą, że czuła bezradność. Cierpia...

NIE zatrzymuje na granicy

 A jeśli problemem nie jest to, że ktoś przekracza nasze granice, tylko że my nigdy ich nie nazwaliśmy?  Słowo „nie” w dorosłym życiu wcale nie przychodzi tak łatwo. Mimo że to jedno z pierwszych słów, które poznajemy. Zauważyłam, że jako dorośli często mamy z nim problem. Mówimy „tak”, kiedy w środku wszystko krzyczy „nie”. Z grzeczności, z przyzwyczajenia, a może ze strachu, że kogoś zawiedziemy albo popsujemy relację. To „nie” w dorosłym świecie rzadko dotyczy drobnych spraw. Częściej stosunków między ludźmi, granicy, po której ktoś wchodzi trochę za daleko. „Nie” jest trudne. Niewygodne. Wypowiedziane na głos może dużo zmienić. I właśnie dlatego tak często je przemilczamy z obawy o konsekwencje. A potem mamy poczucie, że ktoś przekroczył nasze granice,których tak naprawdę nigdy nie postawiliśmy.

Świąteczne porządki...

Do Wigilii zostało osiem dni. Siedzę z kawą w ręku i patrzę na bałagan, który zrobiłam. I powiem Wam, że zrobiłam to świadomie. Zaraz wytłumaczę dlaczego.  Czasami, żeby zmobilizować się do porządku, trzeba najpierw porządnie nabałaganić. Tak, żeby w tym chaosie nie dało się normalnie funkcjonować. Żeby coś uwierało, przeszkadzało, domagało się reakcji. Pomyślałam sobie, że w życiu często działa dokładnie ta sama zasada. Robimy w nim bałagan, stawiamy wszystko do góry nogami, żeby wreszcie poczuć, że dalej tak się nie da. Że trzeba się zatrzymać, popatrzeć na to, co się nagromadziło, i zacząć porządkować – rzeczy, sprawy, decyzje. Jedno po drugim. Ten moment, w którym bałagan przestaje być znośny, bywa zaskakująco popychający do przodu. Nie dlatego, że nagle mamy energię czy plan. Tylko dlatego, że w takim chaosie po prostu nie da się żyć. Bo chcąc zrobić porządek, czasami naprawdę trzeba najpierw mocno nabałaganić.