Posty

Wyświetlanie postów z styczeń, 2026

Człowieczeństwo

 W wiadomościach pokazali starszą kobietę. Zima. Śnieg. Ciemność. Potrącona przez samochód, który odjechał tak, jakby nic się nie wydarzyło. Starsza pani na czworakach próbuje przedostać się na drugą stronę ulicy. Oświetlają ją reflektory kolejnych aut. Jedno po drugim mijają ją, jakby była elementem zimowego krajobrazu, a nie człowiekiem. Nikt się nie zatrzymuje. Nikt nie wysiada. Nikt nie podchodzi. Patrzę na ten obraz i łapię się na myśli, że coraz trudniej przychodzi mi mówić o nas dobrze. O naszej empatii. O wrażliwości. O człowieczeństwie... Bo im dłużej żyję, tym częściej widzę, że to, co w nas dobre, jest pojedyncze. Ciche. Prawie niewidoczne. A to, co obojętne, zimne i wygodne, potrafi przejechać obok drugiego człowieka bez najmniejszego drgnienia. Mówimy o sobie „ludzkość” z dumą. A coraz częściej mam wrażenie, że to słowo przestaje być komplementem. Zastanawiam się czasem, w którym momencie jako ludzie zaczęliśmy mijać siebie bez patrzenia. I naprawdę chciałabym napisać ...

" BEZMYŚLNOŚĆ "

  Kiedy pierwszy raz usłyszałam diagnozę, świat na chwilę się zatrzymał. Pojawił się strach pomieszany ze smutkiem, w głowie chaos. Wiedziałam, że muszę się wyciszyć, bo inaczej zwariuję. Wtedy przypomniałam sobie o książce „Potęga podświadomości”, którą dostałam lata temu w prezencie. Znalazłam w niej rozdział o zdrowiu - o tym, jak podświadomość potrafi wpływać na mózg i sygnały wysyłane do ciała. Przypomniałam sobie też historie o mnichach z Tybetu, którzy siłą własnej woli, potrafili ponoć zatrzymać na krótką chwilę akcję serca. Czy tak było w rzeczywistości? Nie wiem. Ale bardzo potrzebowałam  wiary w to, że własnymi myślami mogę wpłynąć na chorobę, a właściwie - na zdrowie. I tak zaczęła się moja przygoda z pracą nad podświadomością.  Dziś, na szczęście, nie ma już w tym walki o życie. Został relaks i ciekawość, jak bardzo można wyciszyć głowę. Najbardziej pociąga mnie stan „bezmyślności” - niemal niemożliwy, a jednak wciąż kuszący. Ciągle podejmuje próby osiągnięci...

Psie życie

  Są obszary, w których państwo działa zaskakująco sprawnie. Łoży na instytucje, które mają się więcej niż dobrze. Pieniądze z podatków płyną tam regularnie, nikt nie pyta, nikt nie rozlicza i - co gorsza - nikogo to nie dziwi. Są też miejsca, do których ten pieniądz dociera ledwie symbolicznie. Albo wcale. Mowa o schroniskach dla zwierząt. I można by w tym miejscu powiedzieć, jaką mamy ch****ą politykę w tym państwie. Tyle że państwo to nie jest abstrakcja. Państwo to my. Obywatele, którzy zbyt często mówią: „a co ja mogę”. Potrafimy mobilizować się w sprawach głośnych i efektownych, a w innych milczymy – aż do momentu, gdy wybuchnie afera i kilka zdjęć łapiących nas za serce przypomni nam o czymś, co przecież wiedzieliśmy od dawna. W tych emocjach wykrzykujemy, że „jak tak można”, że „jakie biedne pieski”, że trzeba ukarać winnych. Tylko że winni są wszyscy. Bo schroniska nie są niewidzialne. Można tam wejść, zobaczyć psy, prowizorkę i warunki, w jakich żyją. Tylko mało kto chce,...

''Pełna Vat''

 Ludzie są pełni wad. Ja jestem pełna wad. Wszyscy – bez wyjątku – jesteśmy pełni wad. Różnica polega tylko na tym, co dla kogo jest wadą, a co jeszcze mieści się w granicach bliskości, w tym, co czujemy i co jesteśmy w stanie zaakceptować. Im dłużej żyję – a żyję już długo – tym wyraźniej widzę, że ta granica nie jest w drugim człowieku. Ona nie jest nawet stała. Jest jest płynna i jest we mnie, w nas. To ja decyduję, co potrafię unieść, a z czym nie chcę się już szarpać. Dlatego nie z wszystkimi jest nam dobrze i nie z wszystkimi jest nam po drodze. I nie dlatego, że ktoś jest „nie dość”, że jest zły i niedobry. Po prostu nie wszystkie wady są dla nas do przyjęcia, choć dla drugiego człowieka już mogą być. To, co mi nie pasuje, komuś innemu wcale nie musi przeszkadzać. I to warto uszanować – w sobie, że czegoś nie chcę, i w drugim człowieku, że nie potrafi inaczej. A potem podjąć decyzję, czy idziemy razem dalej, czy zwyczajnie nie jest nam po drodze. Jesteśmy różni i mamy do teg...

Poradnik obywatelski

 Przyszedł do mnie pocztą „Poradnik bezpieczeństwa”. Cienka broszura, oficjalna, poprawna. Wydrukowana i rozesłana za pieniądze podatnika - czyli także za moje. Na pierwszej stronie nie ma wstępu, od razu przechodzimy do zagrożeń wynikających ze współczesnego świata, technologii i polityki. Broszura niczego nie tłumaczy. Od samego początku ustawia nas w określonym miejscu - w pozycji czujności i strachu. W dalszej części jest o zachowaniach. O tym, co robić, a czego lepiej unikać. Poradnik jest pełen dobrych rad. Takich, które mają uspokoić, poinformować i przygotować na każdą ewentualność. Jakież to miłe ze strony państwa. A potem pojawiają się obowiązki i groźby, ujęte miękko, między wierszami, ale wystarczająco czytelne. I w tym momencie pojawia się we mnie pytanie: czy rzeczywiście chodzi o troskę o obywatela, czy raczej o to, że przestraszony obywatel to osobnik uległy, łatwo poddający się manipulacji, rzadziej stawiający opór, niezadający niewygodnych pytań i - co najważniejs...

Realizm

  Podobno realizm jest niebezpieczny dla młodych. Podobno gasi marzenia. I podobno najlepiej trzymać go na dystans – przynajmniej do trzydziestki. Z takim przekazem zetknęłam się jakiś czas temu. Gdzieś, u kogoś, na profilu. Nie było to powiedziane wprost. Raczej rzucone mimochodem, jak coś oczywistego. Jakby realizm był tym, który psuje zabawę, odbiera lekkość i którego lepiej nie zapraszać zbyt wcześnie. I przez chwilę nawet to rozumiałam. Pomyślałam: pewnie. Racja. Przecież młodość rządzi się swoimi prawami. Lubi skróty. Lubi wizję bez rachunku. Lubi świat, w którym efekt końcowy pojawia się szybciej niż pytanie „jakim kosztem”. Tyle że im dłużej o tym myślę, tym wyraźniej widzę, że świat, w którym dziś dorasta młody człowiek, jest światem pełnym pułapek. To świat w wersji gotowej. Scrollujesz i masz finał. Bez drogi. Bez ceny. Bez konsekwencji. Bez porażek i rozczarowań. To może dawać złudzenie, że wszystko jest proste i na wyciągnięcie ręki. A co najważniejsze – bez jakiegokol...

Mięsożerca

 Jakiś czas temu byłam na wsi, w pewnym obejściu ludzkim. Głaskałam świnki i króliczki, podziwiałam konie i gołębie, przyglądałam się kurom i brałam na ręce małe kurczaczki... i cały czas myślałam o tym, że choć teraz je głaszczę i podziwiam, to jestem też potencjalnym zjadaczem ich mięsa. Tak, jem mięso i szanuje zwierzęta – i te dwie rzeczy w mojej głowie godzą się. Jestem częścią świata przyrody, w której inni mogą być pokarmem dla mnie ale i ja mogę być zjedzona. Jednak jako człowiek mam przewagę – należę do gatunku naczelnych, którzy nauczyli się hodować zwierzęta, kształtować ich życie i ograniczać im swobodę. Kiedy mówię, że lubię zwierzęta, mam na myśli przede wszystkim szacunek. Szanuję świat przyrody – zwierzęt i roślin. Nie chcę niepotrzebnej śmierci ani niszczenia przyrody w szerokim tego znaczeniu. Nie z każdym zwierzęciem wiążę się emocjonalnie – emocjonalnie związana jestem z moim psem, którego kocham. Z innymi zwierzętami nie mam takiej więzi, ale je szanuję, współc...

Ładna starość

Ostatnio mam wrażenie, że świat bardzo chce mi powiedzieć, co powinnam czuć wobec starości. Albo ją afirmuję, albo coś jest ze mną nie tak. Jeśli nie zachwyca mnie starzenie - mam problem z samoakceptacją. Jeśli chcę je choć trochę zatrzymać - ulegam presji wiecznej młodości i też mam problem z akceptacją. Jakby nie istniała trzecia możliwość: że po prostu mam własne zdanie. Dziś dużo mówi się o godnym starzeniu, o naturalności, o sile siwych włosów - jakby starość wreszcie doczekała się własnej kampanii wizerunkowej. I dobrze. Tylko że wystarczy powiedzieć kobiecie, która tę starość afirmuje, że wygląda staro - i nagle robi się niezręcznie. To już boli. To już obraża. Jakby starość była w porządku tylko wtedy, gdy nie słychać jej w słowach. „Młodo” jest komplementem. Czy „staro” też nie powinno nim być dla zwolenników starości - godnej, naturalnej? Widzę, że trudno nam przyjąć jedną prostą prawdę: nie można się zestarzeć i nie wyglądać staro. I dlatego starość mi się nie podo

Świadomość

  Mam wrażenie, że dzisiaj, kiedy mówimy o samorozwoju, bardzo szybko przechodzimy do kolejnych etapów. Do skupiania się na sobie, wyznaczania granic, do „wracania do siebie” – cokolwiek to właściwie znaczy. Zbyt krótko zatrzymujemy się przy czymś, co dla mnie jest podstawą. Taką drogą ewakuacyjną. Mówię tu o świadomości, która pozwala wyjść z bólu – tak, by nie rządził ani tym, co było, ani tym, co jest, ani tym, co dopiero przed nami. Mówię o świadomości nie tej modnej. Chodzi mi o tę rozumianą jako próbę poznania świata, ludzi, sytuacji. Zrozumienia tego, dlaczego coś wydarzyło się tak, a nie inaczej. Jakie mechanizmy działały. Co z czego wynikało. Bez szukania winnych. Bez upraszczania. Z patrzeniem na przyczynę i skutek. Bo dopiero wtedy można zobaczyć, dlaczego coś w nas rezonowało, dlaczego bolało, dlaczego zostawiało ślad – i dlaczego ktoś zachowywał się wobec nas w taki, a nie inny sposób. I dopiero z takiej świadomości rodzi się spokój.

Hejt

 Wiem, że o hejcie mówiłam już kilka razy, ale ten temat ciągle wraca. Na Instagramie spotykam ludzi, którzy zrobili dużo, do czegoś doszli, sprawiają wrażenie silnych i poukładanych. A potem wystarczy jeden komentarz. Jedno zdanie od kogoś obcego – i nagle wszystko pęka na oczach innych. Bo hejt nie obnaża tylko tego, który hejtuje. Bardzo często obnaża też tego, który na niego reaguje. Hejt nie zaczyna się od prawdy. To potrzeba kogoś, kto nie radzi sobie z własnymi emocjami i szuka miejsca, żeby je wyładować. Nie chodzi o rozmowę ani o argumenty. Chodzi o reakcję. Dlatego największą przewagą nie jest riposta, tylko przemilczenie, mimo że mamy nieodpartą chęć odpowiedzieć. I to tak, żeby mu w pięty poszło. Człowieka, który zna swoją wartość i swoje miejsce, hejt nie powinien zatrzymywać. Jeśli zatrzymuje – to tylko dlatego, że gdzieś coś jeszcze boli.  A skoro już boli, to może warto to zobaczyć i domknąć – żeby następnym razem ktoś obcy nie miał tam już dostępu.

Daleka bliskość

 Związek na odległość? Czy da się być razem, będąc osobno? I czy w takim układzie można być naprawdę szczęśliwym? Kiedyś powiedziałabym, że to nie ma sensu. Bo po co być razem, skoro osobno. Bo bliskość powinna mieć zapach, adres i poranek przy tym samym stole. Dziś mam 55 lat. Dzieci są dorosłe, a samotność nie brzmi już jak brak, tylko jak przestrzeń. Znam ludzi, którym taki układ wystarcza, a czasami po prostu musi wystarczyć. Są w stałym kontakcie, troszczą się o siebie, choć dzielą ich kilometry. I jeśli są w tym szczęśliwi, to nasze opinie naprawdę niewiele znaczą. Mam tylko jedno zastrzeżenie. W jednym przypadku nie zgadzam się na związek na odległość. Gdy w relacji pojawia się dziecko. Wtedy bliskość przestaje być sprawą dorosłych i zaczyna dotyczyć kogoś, kto nie wybiera.  .........................................

Zima 1978/ 79

 No i zaczął padać śnieg tu i tam… wszędzie, tylko nie u mnie. A ja co roku, gdy zaczyna sypać wracam wspomniami do zimy z 1978 roku. Nazwano ją wówczas zimą stulecia nie bez powodu. Sparaliżowała cały kraj. Miałam wtedy osiem lat i chodziłam do pierwszej klasy. I pamiętam dokładnie tamten poranek, kiedy drzwi nie chciały się otworzyć. Śnieg padał nieprzerwanie całą noc i przykrył białą pierzyną wszystko po uszy. Zatrzymał tramwaje i autobusy. Zasypał drogi i chodniki.  A świat - nie mając innego wyjścia - musiał zwolnić. Pamiętam tunele wycięte w zaspach, którymi szłam z mamą i innymi ludźmi, jakby ktoś narysował nam drogę do innej rzeczywistości. Było magicznie. Dorośli oczywiście nie podzielali naszego dziecięcego entuzjazmu. Dziś to rozumiem: przerwy w dostawie prądu, sparaliżowana kolej i komunikacja miejska, odwołane loty… Ale dla ośmiolatki to była zima-marzenie. Góra śniegu na podwórku, którą tata usypał, sanki zjeżdżające szybciej niż zdrowy rozsądek i - co najważni...

Bez metryki

 Czasem wystarczy jedno słowo, by zbliżyć do siebie zupełnie obce kobiety. Szpitalna sala. Cztery pacjentki, każda czeka na swoją kolej. Wszystkie bliżej siedemdziesiątki, tylko ja pięćdziesiąt pięć. Różni nas styl, codzienność, sposób bycia. Czuć tę niewidzialną granicę między nami. I wtedy używam magicznego zaklęcia: „Słuchajcie, dziewczyny…” To jedno słowo zmienia wszystko. Na ich twarzach pojawia się uśmiech, jakby przypomniały sobie, że wciąż są kobietami - pięknymi, młodymi duchem. Jakby różnica lat przestała mieć znaczenie. Siedzimy przy stole nakrytym ceratą, jemy szpitalny obiad i rozmawiamy o przetworach, ogrodzie, o tym, ile słoików sałatki szwedzkiej już zrobiły. Mówię im, że już nie robię przetworów, że chyba jestem z tego leniwego pokolenia, które woli kupić gotowe, że się nie opłaca i takie tam. Śmieją się, przekonując mnie, że jednak co swoje, to swoje. I wtedy zadaję sobie pytanie - czy ja naprawdę jestem leniwa? A może po prostu jestem kobietą nowej generacji, któ...

A świat poszedł dalej

  I znowu świat obudził się szybciej niż ja. Wczoraj było przykryte białym puchem. Wyglądało jak nowe, choć właśnie miało się skończyć. Potem była głośna, szampańska noc. Fajerwerki. Odliczanie: trzy, dwa, jeden… 2026. Ups. Mamy to. A dziś obudziło mnie szarobure, ciche i wietrzne. Piję kawę w świątecznym kubku i zerkam na ślady wczorajszej nocy. Na wspomnienia, które zapewne jutro ktoś posprząta. Dociera do mnie, że świat już się przestawił. Poszedł dalej. Wczoraj były święta i sylwester. Dziś - nowy rok.  A za chwilę wszyscy będziemy czekać na wiosnę. Tak właśnie płynie czas. Płynnie. Bez zatrzymania. Przez moment pomyślałam nawet, że może tak naprawdę nic się nie skończyło. Że to tylko ciąg dalszy. Ale przecież wszystko w przyrodzie dzieje się cyklicznie więc musi być jakiś początek i koniec. Po prostu musi. A może wcale nie...? Może świat, jak co roku, zwyczajnie poszedł dalej. I może ja też powinnam tak zrobić...